wtorek, 27 maja 2008

Błękit nieba Szkocji St. Andrews

darmowy hosting obrazków

Polowanie na błękit nieba Szkocji cały czas trwa.
Taką właśnie Szkocję kocham najbardziej, taką pragnę fotografować i utrwalać.
Takie szczęście spotkało mnie w St Andrews.
Wiem że to nie jest prawdziwe oblicze tego kraju a tylko jedno z wielu. Jednak bezchmurne niebo w Szkocji ma coś z magii.

darmowy hosting obrazków

Ruiny średniowiecznego zamku

darmowy hosting obrazków

Miejscowość swoją nazwę zawdzięcza relikwiom patrona Szkocji,które to do tej osady sprowadził św. Regulus.
To bardzo stare miasteczko może się poszczyć wieloma atrakcjami: największą średniowieczną katedrą szkocką, najstarszym uniwersytetem,
pięknymi plażami z niesamowicie drobnym piaskiem i jednym z najstarszych pól golfowych na świecie.
darmowy hosting obrazków
Mekka golfistów OLD COURSE
darmowy hosting obrazków

I ja wypatrzyłam coś niesamowitego w St. Andrews poza tymi wszystkimi zbytkami, w jednym z malowniczo położonych nad samym morzem budynków uniwersyteckich, mieści się wydział metafizyki. Obok, co za ironia, wydziału logiki. Czyż to niesamowite 

darmowy hosting obrazków

Katedra niestety już tylko w ruinie, ale można sobie doskonale wyobrazić jak musiała to być monumentalna wcześniej budowla

darmowy hosting obrazków

darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków

Pojechałam tam by odszukać energię i siłę otwartego morza, za którym tęsknię i którego mi tak brakuje. Odnalazłam go. Przypływ zabierał piasek spod mych stóp, wiatr wytargał mnie za włosy a zimno bijące znad morza wstrząsało moim ciałem. Słońce na spółkę z wiatrem i wodą zostawiło słony smak na mej skórze. Czy w takiej chwili jest coś ważniejsze niż morze, czy jest coś piękniejszego niż widok wody łączącej się z niebem?

darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków

W mieście miałam spotkanie z Rileyem z 1936 roku. Samochody na mnie nie robią specjalnego wrażenia ale ten przez swą elegancję i powiew przeszłości zasłużył na zdjęcie
darmowy hosting obrazków

Fotka na pamiątkę, że tu byłam i wszystko widziałam, pstryknięta przez moją koleżankę
darmowy hosting obrazków

I pojechały ze mną z St.Andrews niebieskie motyle, będą mi przypominały to niesamowite niebo.
darmowy hosting obrazków

czwartek, 10 kwietnia 2008

Czasami

Tekst powstał już jakiś czas temu, ale ponieważ niedawno znowu się próbowałam udusić, tak tylko troszeczkę, więc powrócił do mnie a przy okazji i Wy na tym skorzystacie, bo go opublikuje.

Nieustannie o przeszłości z teraźniejszością w tle

Spotkałam niedawno Janusza. Było znowu mało o przyszłości ale za to dużo o przeszłości. Jak na „starych zgredów” przystało wspominaliśmy dawne czasy. Głównie psy ale i ludzi, tęsknimy za nimi. Nie chcemy się przyznać, że byliśmy naiwni i nic nam nie wyszło. Pamiętamy tylko ten niesamowity zapał. Wspólnotę przeżytych dobrych chwil. I nie ważne że Janusz, nasz skarbnik klubowy, znikł z pieniędzmi i nigdy ich nie oddał. Istotne było to, że byliśmy zgodni: to były wspaniałe czasy... A takie drobnostki jak rozpłynięcie się kasy nie przesłonią nam tych wspomnień.
Ponieważ moja choroba była w apogeum rozkwitu, Janusz przystąpił do pocieszania mnie w tej kwestii. Uraczył stwierdzeniem, że wie z pewnego źródła o ataku gruźlicy na nasz kraj. Coś mu się myliło w nazwach, do czego się sam przyznawał, ale twierdził że lekarze nazywają ją „zieloną gruźlicą”. Ciekawy kontrast i gra słów. Łudzę się że nazwa ma bardziej poetycki wydźwięk niż tylko określenie koloru tego co chory jest wstanie wykaszleć z siebie pod koniec życia.
Z zadowoleniem stwierdziłam, że jestem nieźle przygotowana na walkę z gruźlicą (niezależnie od jej koloru). Właśnie przeczytałam „Czarodziejską Górę” i większość aspektów, etapów, zmian, wahań mam opanowanych. I a propos mój merkuriusz (uwielbiam to określenie u Manna) perfidnie popsuł się. No nie do końca sam, bo pomogłam mu w przyśpieszonym locie na dywan. Tak więc obecnie żyje w nieuświadomieniu z jaką temperaturą żyje.

I jeszcze tylko słówko na temat miejsca w którym spotkałam mojego kolegę sprzed lat. Otóż moja praca jakoś dziwnie działa na ludzi. Jeśli ktokolwiek nie miał w planach wyprawy na światówkę do Poznania, natychmiast zmienia zdanie właśnie pod wpływem rozmów na ten temat w tym dziwnym miejscu. Do tych osób z pewnością można zaliczyć mnie i Janusza i moją szefową. A może jeszcze kilka osób o których nie wiem.


Czasami, wcale nie tak rzadko, bardzo trudno wziąć następny oddech. Ale taka myśl pojawia się dopiero, gdy zaczynasz się dusić. Znam dokładnie cenę swobodnego oddychania to – 13,21. Niewiele? Pojęcie jak najbardziej względne.

Nie będę rozwodzić się nad banałami w stylu „ że oddychanie jest czynnością mało przez nas zauważalną” Napiszę inny banał ; nabieranie powietrza w płuca staje się najbardziej realne, gdy z każdym następnym oddechem, powietrze próbuje przecisnąć się przez szpary nawet dla niego za wąskie. To jest ból którego trudno nie zauważyć. I wtedy właśnie paradoksalnie, Twój organizm zmusza Cię do życia przeszłością, powrotu do tego co znane i dobrze funkcjonujące. Dlaczego parcie do nowości, odkrywanie nowego, jeśli jesteśmy do tego stworzeni, nie karze nam przestać oddychać?


Kiedyś w czasach wielkich przygód, szerokich przestrzeni, zjednoczenia z naturą i Ameryką Północną. Czyli wiele lat temu, przeczytałam takie oto zdanie; „każdy ruch prowadzi do bezruchu”. Nigdy się od niego nie uwolniłam

Moje rozważania o przeszłości wokół której nieustannie krążą moje myśli, to efekt zaczytywania się w książkach o „zakrzywieniach czasowych” i konsekwencji jakie one niosą dla ludzi

Pod ich wpływem powstał taki oto tekst:

Dla mnie istnieje tylko przeszłość. To ona daje poczucie że wszystko wiemy i niczego już nie należy się obawiać. Każda teraźniejsza chwila trwa w oczekiwaniu, by stać się chwilą przeszłą, bezpieczną we wspomnieniach, odkrytą w konsekwencjach. Powroty bez obaw, kiedy kontrolujesz sytuację.
Dla mnie istnieją tylko wieki przeszłe, które odeszły i tak niewielu chce wspominać. Teraźniejszość mnie ogranicza. Nie jestem wynalazcą jestem archeologiem. Teraźniejszość jest mi obca, nie mogę jej oswoić, nie uda mi się to.
Dla mnie istnieje tylko stracony czas. Czas którego doznania zagubiliśmy, ale ta świadomość przychodzi później. To chwile które pokochamy gdy już się już spełnią. Przywrócenie ich jest niepodobieństwem. Łudzimy się.
Dla mnie istnieją tylko minione chwile. To co się dzieje w tym momencie jest mniej rzeczywiste od tego co przeminęło minutę temu. Dlaczego? Bo żyje w naszych wspomnieniach. Nieustające uczucie poruszania się we mgle.
A przyszłość? Ta czarna masa. To strzępki ewentualnych wydarzeń, które są mniej prawdopodobne od wszystkiego co już miało miejsce.
Wszystko już było. Wszystko już przeżyłeś i niczym świat nie zadziwisz.

Październik 2006

środa, 23 stycznia 2008

Rower, drzewo i jak powstają legendy.

Historia zasłyszana.

Marcin. Młody Polak mieszkający w Edynburgu, przyjechał do Szkocji z pierwszą falą emigracji, gdzieś w połowie 2004 roku. Nie przeszkadza mu to jednak, nadal nie władać lokalnym językiem, no poza kilkoma zwrotami niezbędnymi w porozumiewaniu się na budowie, gdzie od lat pracuje.
Sam o sobie mówi : przyciągam niesamowite sytuacje.
Ponieważ na brak pieniędzy nie narzeka, Marcin zakupuje sobie laptop i serwuje bez przeszkód po necie. Tu kliknie tam kliknie, nawet czasami uda mu się kupić coś przez sieć. Ogólnie żyje szczęśliwie. Gdy pewnego dnia… dostaje alarmujący telefon z domu. Ojciec coś krzyczy do słuchawki, czego na początku Marcin nie rozumie, ale wyłapuje z potoku słów „Pieprzony Rower”. Próbuje ustalić co się dzieje ale ciągle słyszy „Po co mi ten pieprzony rower?”. Gdy wszyscy ochłonęli, sprawa się wyjaśnia. Na skutek magicznych kliknięć w magiczny sposób Marcin zakupił w sieci rower (coś mu się kojarzy że oglądał jakieś rowery, ale bez świadomości że właśnie jeden z nich kupuje).Przy czym ,z niewiadomych dla wszystkich przyczyn, rower pojechał do Polski. Koszt całej operacji to 150 funtów plus sam bicykl jakieś 300 funciaków (to wszystko dzieje się ok.1,5 roku temu). Niesamowity prezent dla tatusia – rower z samego UK.

Firma w której pracuje Marcin , dostaje zlecenie drobnych prac konserwatorskich na Uniwersytecie Edynburskim. Szef Marcina staje obok drzewa rosnącego na dziedzińcu uczelni i coś zaczyna tłumaczyć swemu pracownikowi, mocno wspierając się gestykulacją. Marcin się uśmiecha, potakuje. Sam przecież widzi że drzewo jakieś takie cherlawe: suche gałęzie, cienki pieniek. Po odejściu kierownika, ochoczo zabiera się za swe zadanie- wycina stare próchno. Drzewo z łoskotem uderza o ziemię, co przyciąga wzrok kilku przechodniów i kolegów z pracy. Aby praca była dobrze i schludnie wykonana wystający pieniek, przycina do poziomu ziemi. I gdy już z zadowoleniem podziwia swoje dzieło, z budynku wybiega szef. Krzyczy, wścieka się, wymachuje pięściami przed oczami biednego zdezorientowanego Polaka. Marcin uświadamia sobie, że chyba nie powinien zabierać się za wycinkę. Rozumie niewiele ale docierają do niego liczby – „300 lat”, krzyczy co pewien czas czerwony ze złości szef, który… po kilkunastu minutach ochłonął, kazał wykarczować korzeń, przykryć wszystko trawką i właściwie, jakby tego drzewa nigdy nie było.
Wieczorem dobrzy koledzy, zapewne inni Polacy, tłumaczą Marcinowi co się stało. Otóż to prawie samotne drzewo na dziedzińcu, było jakimś kultowym obiektem dla studentów; modlili się do niego, całowali go czy też inne obrzędy z nim wyprawiali przed swymi trudnymi egzaminami. I tak zapewne od 300 lat, aż Polacy nie zjechali na wyspy.
Tak zmieniamy historię, tak wpływamy na losy świata. A to drzewo? Żyje już tylko w legendzie.

Pewna piękna królowa powiedziała
“History become legend, legend become myth”

P.S A Marcin? Miał tylko przyciąć suche gałęzie, tylko nie do końca zrozumiał

wtorek, 22 stycznia 2008

Trochę folkloru

darmowy hosting obrazków


Moi drodzy, wrzucam kilka fotek z „Tartan Day”. Impreza bardzo udana ale źle rozłożona w czasie. Na obejrzenie wszystkich atrakcji, rozgrywających się w tym samym momencie, było zaledwie 2 godziny.
Afirmacja szkockości do potęgi. Szkoci są dumni ze swego kraju i wizualnie przynajmniej patriotyzm aż z nich kipi. Gorzej niestety z tym co się dzieje w ich umysłach. Z jednej strony miłość do kraju- z drugiej kompletny brak wiedzy na temat: historii ,legend, świąt, uwarunkowania politycznego. Więcej mogą powiedzieć o Celticu Glasgow niż o tym dlaczego stracili niepodległość. No ale czyż u nas w przypadku niektórych osób nie jest podobnie?

W Aberdeen „Tartan Day” rozbrzmiewał głosem dud, kilka orkiestr w kluczowych miejscach miasta dawało koncerty. Na cmentarzu, tańce i swawole ku uciesze gawiedzi. W Urzedzie Miasta, w tym dniu wstęp był wolny. Można było zwiedzić samą siedzibę władz oraz dowiedzieć się o swoich szkockich korzeniach. Na głównym placu miasta inscenizacja średniowiecznej bitwy. Do niej powrócę kiedy indziej bo zasługuje na oddzielny wpis. No i oczywiście coś dla podniebienia, kiermasz samych dobroci, większość jak najbardziej made in Scotland.

Biegałam z aparatem po centrum miasta, by wszystko zobaczyć, by wszystko zachować i Wam pokazać

martan


darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
Mit o wielkim rudym szkocie ;)
darmowy hosting obrazków
Inscenizacja
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
Urząd Miasta w Aberdeen
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
Królowa Victoria
darmowy hosting obrazków

darmowy hosting obrazków
Na cmentarzu trwa zabawa
darmowy hosting obrazków

darmowy hosting obrazków

czwartek, 17 stycznia 2008


Dudzik

Nie zostaliśmy sobie oficjalnie przedstawieni. Jego ksywka funkcjonowała jednak od pewnego czasu w środowisku Polaków z Aberdeen. Kiedy przyswoiłam sobie to przezwisko, zaczęłam kojarzyć Dudzika z konkretną twarzą, a raczej postacią która nieustannie przebywała w łóżku. Łóżko to zaś mieściło się w sali Tv, w której to goście i mieszkańcy zatrzymywali się po udanej próbie sforsowania drzwi wejściowych.

Przez długi czas, a było to kilka miesięcy, ciągle oglądałam Dudzika w tym pokoju i oczywiście w łóżku. Miałam podejrzenia, że nigdy nie przybiera innej pozycji niż pozioma, ale podobno pracował (co poniektórzy poddawali też w wątpliwość)więc kiedyś musiał stawać na dwóch nogach. Dudzik zawsze ale to zawsze był na haju, zioło przyswajał w ilościach dość sporych, jak na to wątłe chude ciałko. Jeśli okazja była ku temu, a okazja była zawsze a raczej jedynie brak dostępu, Dudzik także jechał na krążkach. Piwo w tym domu było traktowane jak napój naturalnego codziennego spożycia, zaś coś mocniejszego pojawiało się głównie jako pamiątka z Polski.

Wielkie łóżko w „bawialni” okupował zawsze bohater niniejszej opowieści, ale często ktoś mu w pieleszach bez krępacji towarzyszył. Oficjalnie spała z nim jego siostra cioteczna, ale z nią akurat bywało różnie, bo miała dobre serce i dla chłopców z Aberdeen rzuciła swą miłość w Polsce. Ponieważ ewidentnie na tej otomanie najlepiej przyswajała się zioło, więc pod pretekstem oglądania Tv, leżało się z Dudzikiem co by nie czuł się osamotniony.

W Dudziku rozpoznałam warszawiaka, po tym jak się ożywił i nawet zaczął dyskutować lekko podniecony- co przy trawce nie jest wcale proste, gdy ze szklanego ekranu padło słowo „Legia”. Ale niestety mało mówił, za to konkretnie i dość sensownie, za co wszyscy go lubili i pewnie za to że zawsze był uśmiechnięty i na pewno także za to że pozwalał leżeć w swoim łóżku, oglądać Tv i w ogóle był bezproblemowy- więc jak tu Dudzika nie lubić.


Po prawie 3 miesiącach, pewnego popołudnia stało się jasne, że ja i moja koleżanka mamy salę telewizyjną dla siebie, że nikogo tu nie ma, nie licząc Dudzika, który słodko drzemał w swoim łóżku. Zaczęłyśmy zachłannie skakać po kanałach. Boże telewizja, a na dodatek polska telewizja, nic nie oglądałyśmy przez tak długi czas. Zatrzymałyśmy się na „Tańcu z gwiazdami”. Nie ukrywam że byłam inicjatorką tego pomysłu. Oglądamy, śmiejemy się, opowiadamy sobie zasłyszane historyjki z poprzednich edycji. Ja ze „znawstwem” komentuje „wydaje mi się że nawet Ci profesjonaliści nie tańczą zbyt dobrze”. Nagle z pieleszy, spod kołdry koca oraz rozsypanych chipsów, dochodzi nas „Tańczą beznadziejnie”. A jaka pewność biła z tego głosu, natychmiast uwierzyłyśmy. Tym bardziej że po chwili dowiadujemy się że ta chuda postać w łóżku, nie wstająca z niego właściwie nigdy uprawiała taniec towarzyski przez 10 lat, że nawet jakieś tytuły vice Mistrza Polski ma na swoim koncie. O jakże inne światło padło na Dudzika, prawie uwielbienie, natychmiast zrodził się pomysł by zasoby Dudzika w temacie wykorzystać. Ale jego tajemnicą było to że dzień spędzał w łóżku, zaś weekendowe noce w klubach, gdzie na swój profesjonalny taniec wyrywał panienki. Za oficjalną przyczynę przerwania kariery dobrze rokującego tancerza podawał to; że kazali się czesać z przedziałkiem.

Pewnego słonecznego popołudnia, po deszczowym poranku, chłopcy z Meadowbanku postanowili pograć w piłkę. Niektórzy podchodzili do tematu opornie, ale ekipa po długich pertraktacjach dotarła koło 5 na policyjne boisku. To tu w tym historycznym miejscu widziałam po raz pierwszy Dudzika w pionie, udało mi się to uwiecznić na fotkach. Ale nawet na boisku nie pozbył się pewnych póz, nie umiem rozstrzygnąć czy to obciążenie trawką czy jednak ciało pamiętało swą artystyczną przeszłość i członki same przybierały niesamowite pozycje.

martan