środa, 23 stycznia 2008

Rower, drzewo i jak powstają legendy.

Historia zasłyszana.

Marcin. Młody Polak mieszkający w Edynburgu, przyjechał do Szkocji z pierwszą falą emigracji, gdzieś w połowie 2004 roku. Nie przeszkadza mu to jednak, nadal nie władać lokalnym językiem, no poza kilkoma zwrotami niezbędnymi w porozumiewaniu się na budowie, gdzie od lat pracuje.
Sam o sobie mówi : przyciągam niesamowite sytuacje.
Ponieważ na brak pieniędzy nie narzeka, Marcin zakupuje sobie laptop i serwuje bez przeszkód po necie. Tu kliknie tam kliknie, nawet czasami uda mu się kupić coś przez sieć. Ogólnie żyje szczęśliwie. Gdy pewnego dnia… dostaje alarmujący telefon z domu. Ojciec coś krzyczy do słuchawki, czego na początku Marcin nie rozumie, ale wyłapuje z potoku słów „Pieprzony Rower”. Próbuje ustalić co się dzieje ale ciągle słyszy „Po co mi ten pieprzony rower?”. Gdy wszyscy ochłonęli, sprawa się wyjaśnia. Na skutek magicznych kliknięć w magiczny sposób Marcin zakupił w sieci rower (coś mu się kojarzy że oglądał jakieś rowery, ale bez świadomości że właśnie jeden z nich kupuje).Przy czym ,z niewiadomych dla wszystkich przyczyn, rower pojechał do Polski. Koszt całej operacji to 150 funtów plus sam bicykl jakieś 300 funciaków (to wszystko dzieje się ok.1,5 roku temu). Niesamowity prezent dla tatusia – rower z samego UK.

Firma w której pracuje Marcin , dostaje zlecenie drobnych prac konserwatorskich na Uniwersytecie Edynburskim. Szef Marcina staje obok drzewa rosnącego na dziedzińcu uczelni i coś zaczyna tłumaczyć swemu pracownikowi, mocno wspierając się gestykulacją. Marcin się uśmiecha, potakuje. Sam przecież widzi że drzewo jakieś takie cherlawe: suche gałęzie, cienki pieniek. Po odejściu kierownika, ochoczo zabiera się za swe zadanie- wycina stare próchno. Drzewo z łoskotem uderza o ziemię, co przyciąga wzrok kilku przechodniów i kolegów z pracy. Aby praca była dobrze i schludnie wykonana wystający pieniek, przycina do poziomu ziemi. I gdy już z zadowoleniem podziwia swoje dzieło, z budynku wybiega szef. Krzyczy, wścieka się, wymachuje pięściami przed oczami biednego zdezorientowanego Polaka. Marcin uświadamia sobie, że chyba nie powinien zabierać się za wycinkę. Rozumie niewiele ale docierają do niego liczby – „300 lat”, krzyczy co pewien czas czerwony ze złości szef, który… po kilkunastu minutach ochłonął, kazał wykarczować korzeń, przykryć wszystko trawką i właściwie, jakby tego drzewa nigdy nie było.
Wieczorem dobrzy koledzy, zapewne inni Polacy, tłumaczą Marcinowi co się stało. Otóż to prawie samotne drzewo na dziedzińcu, było jakimś kultowym obiektem dla studentów; modlili się do niego, całowali go czy też inne obrzędy z nim wyprawiali przed swymi trudnymi egzaminami. I tak zapewne od 300 lat, aż Polacy nie zjechali na wyspy.
Tak zmieniamy historię, tak wpływamy na losy świata. A to drzewo? Żyje już tylko w legendzie.

Pewna piękna królowa powiedziała
“History become legend, legend become myth”

P.S A Marcin? Miał tylko przyciąć suche gałęzie, tylko nie do końca zrozumiał

Brak komentarzy: